Kiedyś miała dom. Rodzinę.
Może mąż ją bił. Może co rusz bała się o życie swojego maluszka, ale przynajmniej miała dach nad głową.
Może mąż ją bił. Może co rusz bała się o życie swojego maluszka, ale przynajmniej miała dach nad głową.
Teraz.
Co jest teraz?
Tylko to piekielne zimno, odmrażające jej palce. Tylko przeraźliwy płacz dziecka i tylko głęboko doskwierający głód.
Tylko to piekielne zimno, odmrażające jej palce. Tylko przeraźliwy płacz dziecka i tylko głęboko doskwierający głód.
Co z tego, że uwolniła się od tyrana, skoro wcale nie jest lepiej?
– Ciii... – próbowała uspokoić synka – O nic się nie martw, śpij... Chichutko.
Szeptała tak, tuląc go do siebie, jak ostatni skarb jaki jej został. Wiedziała, że jest mu zimno, więc zdjęła kurtkę i opatuliła go mocno.
Lodowaty podmuch powietrza uderzył ją w jednej chwili. Zadrżała i dzielnie przytulała dziecko, mimo, że ledwie trzymała się prosto.
Lodowaty podmuch powietrza uderzył ją w jednej chwili. Zadrżała i dzielnie przytulała dziecko, mimo, że ledwie trzymała się prosto.
Tyle godzin trwała w bezruchu. Starała się nie zasnąć, ale było to okropnie trudne. Zanim się spostrzegła oparła się własnemu wyczerpaniu.
Przyszedł na nią czas.
Krzyczała, ale nikt jej nie słyszał. Nawet jej syn.
Bo żywym bardzo ciężko jest usłyszeć rozpaczliwe prośby martwego.
Bo żywym bardzo ciężko jest usłyszeć rozpaczliwe prośby martwego.